|
niedziela, 02 stycznia 2005
koniec
Komuch umarł - mam już dość tej nazwy bloga. Mówiąc szczerze, nigdy mi nie pasowała, a wybrałem ją jako pokutę, aby mi przypominała o grzechach popełnionych. Zapraszam tam wszystkich chętnych.
czwartek, 30 grudnia 2004
życzenia
Życzę wszystkim którzy mnie czytają Szczęśliwego Nowego Roku, Niestety, na pewiem czas musze przestać pisać bloga, ale nie cieszcie się dalej będę sę starał Was czytać i komentować. Pozdrawiam jeszcze raz Witek
wtorek, 28 grudnia 2004
Pan Heniek
Pan Heniek jest dziarskim staruszkiem, ma ok. 70 lat, ale trzyma się prosto chodzi zdecydowanym krokiem i umysł ma otwarty. Całe życie ciężko pracował, najpierw gdzieś na kopalni, potem na różnych budowach, ostatnio nie pracuje bo jak mówi: Panie już nie to zdrowie. Niestety życie rodzinne nie układało się Panu Heńkowi – bo jak on pracował, to żona się bawiła i podobno przepijała pieniądze. Co prawda dorobili się dzieci i Pan Heniek łożył na ich utrzymanie, ale teraz dzieci się usamodzielniły, a niechęć do żony pozostała, a nawet się nasiliła.
poniedziałek, 27 grudnia 2004
wieczerza wigilijna
Basia zatruła się w Wigilie rano. Jeszcze dzień wcześniej dziarsko sprzątaliśmy mieszkanie, niestety, Wigilijny ranek zaczął się od migreny, potem jakaś tabletka, czy dwie i nagle Basia mi zasłabła, a potem, co zjadła lub wypiła to zwróciła, a w przerwach pomiędzy zwracaniem zasypiała. Makabra. Musiałem iść do pracy , więc zbudziłem Miśkę i kazałem kończyć sprzątanie, a sam pojechałem do pracy. Gdy wróciłem ok. 13.00 sytuacja nie zmieniła się, Basia spokojnie leżała i wymiotowała , Miśka kończyła sprzątanie. Nie mieliśmy nic ugotowanego. Ponieważ Basia nie toleruje obcych w kuchni, do tej pory nie udało mi się nauczyć gotować. To znaczy, ugotuję owsiankę rano w niedzielę- zanim Basia wstanie i mnie nie wygoni z kuchni. Miśka niestety, też w gotowaniu osiągnęła poziom zapiekanki. Ale owsianka i zapiekanka, to trochę za mało jak na Wigilijną kolacje. Musiałem coś wymyślić. Supermarket !! to było coś. Różne rzeczy można mówić na temat supermarketów, ale nie można im odmówić jednego – jak coś potrzebujesz to tam znajdziesz – nawet w Wigilię. Ok. godziny 14.00 zapakowałem Miśkę do samochodu i wyruszyliśmy na polowanie. Na straży Basi zostawiliśmy Kurczaka, który dzielnie się spisywał, podając jej różne środki go picia, a w konsekwencji do zwracania. O 15.00 byliśmy już z powrotem z zakupionymi: uszkami, krokietami, makiem w puszce, pierogami ruskimi, oraz z kapustą i z grzybami, a także z barszczem instant w słoiczku. W domu mieliśmy jeszcze filety z których miała być ryba po grecku – więc postanowiliśmy ja sami zrobić. Miśka, znalazła gdzieś w przepis na taka rybę i zabraliśmy się do roboty. Najgorzej było z utarciem warzyw, na szczęście Basia zbudziła się i powiedziała, że możemy użyć miksera – rzeczywiście wtedy poszło błyskawicznie. Miałem też problem z pokrojeniem cebuli, ale na szczęście znalazłem swoje narciarskie gogle. W goglach nic nie szczypało w oczy. Byłem z siebie dumny. Następny problem mieliśmy z wpisem: rybę obtoczyć w mące i na patelnię. Bo ryba była cała mokra i podczas obtaczania mąka zamiast przyklejać się do ryby, sklejała się w farfocle, ale ponieważ część mąki pozostała na rybie, uznaliśmy, że tyle ile jest musi wystarczyć. Mokra ryba, nawet częściowo obtoczona w mące, w zetknięciu z gorącym tłuszczem na patelni, strasznie pryska. Zaradziłem temu, ubierając koszulę flanelową i rękawiczki. O dziwo ryba usmażyła się, a nawet była jadalna – co prawda zapomnieliśmy o soli, ale ogólnie nie było tak źle. Jeszcze tylko Miśka to wszystko zebrała razem i wsadziła do piekarnika i mieliśmy potrawę gotową. Pozostałe potrawy też poszły szybko uszka i krokiety upiekły się w mikrofalówce, a pierogi ugotowaliśmy na kuchence gazowej. Pewien problem był z barszczem – bo na opakowaniu były podane dziwne proporcje 2 łyżeczki na 200 ml wody – a skąd ja mogłem wiedzieć, ile ml wody mieści się w talerzu? Zaradziłem temu wsypując na oko proszku do garnka a następnie sprawdzając jaki smak mi wyszedł – i barszcz był dobry. O 18.00 zakończyliśmy przygotowania i zasiedliśmy do stołu. Było pyszne. Basia tylko zjadła opłatek i zapadła w sen, z którego zbudziła się pierwszego dnia świąt rano. Na szczęście zatrucie minęło.
piątek, 24 grudnia 2004
życzenia
Wszystkim moim miłym czytelnikom życzę: żeby w trakcie tych Świąt każdy (każda) z Was, mógł (mogła) obżerać i opijać się do woli, bez obawy o zbędne kilogramy. Moglibyście też pogodzić się ze swoimi mężami, żonami, dziećmi , teściami, dziadkami i innymi wstrętnymi krewnymi . Niech przemówią do was ludzkim głosem z okazji Wigilii, a Wy wyobraźcie sobie, jak to przyjemnie będzie się z nimi potem pokłócic. I prezent aby Was cieszyły - lub przynajmniej żeby każdy z Was wiedział do czego te klamoty mogą się wam przydać. I jeszce na rodzinnych spotkaniach żeby kuzynki były od was grubsze, kuzyni biedniejsi, a ich dzieci mniej zdolne od waszych. A kiedy wreszcie Święta się skończą, życzę Wam miłego odpoczynku w pracy.
czwartek, 23 grudnia 2004
antykoncepcja
Socjalizm charakteryzował się tym, że większość rzeczy było podłej jakości, a i w większości jednego rozmiaru, nie zawsze pasującego na człowieka (notka jaskółka). Podobnie było z antykoncepcją, która w najlepszym wypadku sprowadzała się do prezerwatywy. Były jeszcze jugosłowiańskie tabletki Patentex oval, ale rozpuszczały się one na mocno żrącą substancję, która często tak niemile drażniła penisa, że człowiekowi przechodziła ochota ma miłość. Oczywiście istniał też propagowany przez Kościół kalendarzyk, ale ja nie chciałem być za wcześnie ojcem, więc zacząłem eksperymentować z prezerwatywami. Prezerwatywy były zapakowane w sreberka z napisem Eros i były w jednym rozmiarze. Stanowiło to kłopot dla dwóch grup mężczyzn : mężczyzn nazwijmy ich „mniejszymi” (i nie chodzi tu o wzrost) którym się zsuwały i mężczyzn „większych” na których się nie mieściły. W moim przypadku były za małe. A ponieważ guma była też gruba, trzeba było bardzo dużo samozaparcia, aby się w coś takiego ubrać. Pewnego razu, w trakcie miłosnych igraszek, odczułem, że nadszedł czas aby się zabezpieczyć. Poczekaj chwileczkę kochanie, powiedziałem i wprawnym ruchem rozdarłem sreberko z napisem Eros, oczywiście gumka była za wąska, ale silne ręce napalonego mężczyzny nie z takimi rzeczami dawały sobie radę, Maksymalnie rozciągnąłem gumę i .. PLASK Guma pękła i strzeliła mnie w czubek naprężonego penisa ŁAŁ jaki to był ból. Leżałem na podłodze i trzymałem się za bolącą część, a moja dziewczyna leżała na tapczanie i zwijała się ze śmiechu. Prezerwatywa spełniła swoją rolę – tym razem nie wpadłem.
środa, 22 grudnia 2004
wigilia
Ojciec Tomka, dyrektor wielkiego, socjalistycznego kombinatu, uwielbiał polować, zawsze mawiał, że nie ma to jak zimowe polowanie, – ten kontakt z przyrodą, rozległe przestrzenie, lub dla odmiany ciemne knieje, pełne grubego zwierza. Wierna broń na ramieniu i ten dreszczyk emocji, co tam nagonią naganiacze? Potem jeszcze łyk z piersiówki, aby nie zamarznąć i wreszcie upragniona chwila gdy człowiek naciska spust, tak dla takiej chwili warto się urodzić, powtarzał. A potem oczywiście myśliwski bigos i popijawa z kolegami, połączona ze wspominaniem, myśliwskich wyczynów .......... Tomek nie lubi Wigilii, zawsze kojarzy mu się z widokiem zachlanego Ojca, którego rano przywoziła nyska z wigilijnego polowania, a potem pracownicy wyciągali i przenosili do sypialni, oraz z ślicznymi, milutkimi zajączkami które zachlany Ojciec zamordował na polowaniu, a potem zmuszał Tomka, aby ten zjadał z nich pasztet. Pasztetu Tomek też nie lubi.
wtorek, 21 grudnia 2004
Antwerpia nocą
Na początku lat 90-tych, pojechałem do Belgii po samochód – wpis Alfa Romeo. Bardzo zapaliłem się do tego pomysłu, bo po pierwsze w młodości naczytałem się mnóstwo na temat rozwiązłych uciech „zgniłego zachodu”, po drugie zawsze to jakaś rozrywka. Wreszcie nadszedł wieczór i pojechaliśmy. Początkowo pooglądaliśmy sobie rynek, pięknie oświetloną katedrę, wypiliśmy piwo w knajpie przerobionej z jakiegoś kościoła – pełnej ambon i różnych figur świętych (ciekawy pomysł – ale jakoś nie wyobrażam sobie takiej knajpy u nas). A na deser, poszliśmy pooglądać sobie panienki W Antwerpii jest taka ulica gdzie panienki wystają sobie w oknach i czekają na klientów. Białe, czarne, żółte, blondynki, rude, czarnowłose, małe, duże, po prostu wszelakiej maści panienki, seksownie poubierane, siedziały lub stały sobie w oknach, wyginając się w podniecających pozach. Byłem oczarowany tym widokiem. Szwagier był zaskoczony moim entuzjazmem, z jakim przemierzałem uliczkę tam i z powrotem, zachwycając się panienkami. Ale, gdy 6 lub 7 raz chciałem zawrócić, doszedł do wniosku, że jest już zmęczony i zaproponował, abyśmy wstąpili na piwo do jakiejś knajpy. Piwo? Czemu nie, tym bardziej, iż miałem nadzieję, że może w knajpie natkniemy się na jakiś strip-tease. Weszliśmy do jakiegoś lokalu z którego dochodziły dźwięki muzyki. Niestety strip-teasu nie było, ale było cos ciekawszego: była to mała zatłoczona spelunka z niewielką sceną, na której występował zespół. Trzech facetów grało bluesa, świetnie grali. Bluesa lubię, ale nie jest to mój ulubiony rodzaj muzyki, tylko że inaczej brzmi ta muzyka w radiu, a inaczej w zadymionej knajpie na żywo. Na żywo brzmiała super, tym bardziej, że publiczność reagowała spontanicznie, zespół co jakiś czas przestawał grać, można było podejść pogadać z muzykiem, atmosfera była bardzo fajna. Dodatkową atrakcją knajpy, był facet sprzedający różne nikomu nie potrzebne rzeczy, typu złote rolexy, jakieś kolczyki, koraliki i różne bardzo dziwne przedmioty niewiadomego pochodzenia i zastosowania. Facet co chwilę pojawiał się z tacką na której miał nowy towar, obchodził całą knajpę, a że przeważnie nic ni udało mu się sprzedać wychodził, by po chwili powrócić z czymś zupełnie innym. Raz nawet udało mi się porozmawiać z muzykiem: You are Paganini of guitar – zagaiłem przyjacielsko, Who is fucking Paganini? – zainteresował się muzyk, ale zanim zdołałem mu odpowiedzieć wskoczył na scenę aby grać dalej. Było pięknie. Blues wciągnął nas zupełnie. Po jakimś czasie, gdy wypite piwo zaczynało już mocno szumieć mi w głowie do knajpy weszła Murzynka. Bardzo zgrabna, wysoka, szczupła, seksownie ubrana, usiadła niedaleko nas, a po chwili podeszła i poprosiła o ogień. Wow, Murzynka prosi mnie o ogień! Wpadłem jej w oko! Pomyślałem swoim lekko przymroczonym alkoholem umysłem. Haha, patrz Belgu jak Polak rwie laski! Mruknąłem do siebie patrząc na szwagra – któremu najwyraźniej Murzynka się nie podobała. Szwagier patrzył na Murzynkę krzywo i co jakiś czas kopał mnie pod stołem. Pewno jest zazdrosny, pomyślałem sobie. Flirt przyjemnie się rozkręcał, szwagier się wiercił, ja zapalałem się coraz bardziej. W pewnej chwili Murzynka powiedziała, ze musi wyjść do toalety i poszła. Szwagier mnie szturchnął i powiedział – czy ty wiesz kto to jest? Nie wiedziałem. To chodź coś ci pokażę. Wstał i zaciągnął mnie do męskiej toalety, a tam moja Murzynka stała sobie nad pisuarem i spokojnie sikała - TRANZWESTYTA. Szwagier mnie uratował, będę mu dozgonnie wdzięczny.
poniedziałek, 20 grudnia 2004
góralska muzyka
W latach 80 –tych i 90- tych. Moim ulubionym medium było radio. Właściwie dalej jest, tylko teraz mam jeszcze internet i radio powoli z nim przegrywa. A jak radio to „Rozgłośnia Harcerska” lub Program III (dotyczy to tamtego okresu) Nie wiem kiedy odkryłem „Rozgłośnię harcerską”, wydaje mi się że słuchałem jej stale. Szczególnie „Bubloteka” była mi bardzo bliska. Był to lista przebojów kitów i badziewi muzycznych, poprzetykana złośliwymi komentarzami z listów radiosłuchaczy, królował na niej niepodzielnie Krzysztof Krawczyk (ale był to zupełnie inny K.K. niż teraz), zespół Bolter i jakieś inne zespoliki popowo-dansowe tamtego okresu. Na szczęście, złośliwości było więcej niż muzyki, więc słuchało się tego bardzo miło. Muzycznie, „Rozgłośnia Harcerska” była też zupełnie inna niż pozostałe rozgłośnie – było tam prezentowane bardzo dużo młodych rockowych zespołów, które w większości można było usłyszeć tylko tam lub w Jarocinie. Nie wiem, czy ktokolwiek dzisiaj pamięta takie zespoły jak „Izba Pamięci Prezesa”, „Betony Kaniony” czy „Genezyp Kapen”, a takich grup było mnóstwo. „Rozgłośni” słuchałem namiętnie. Pewnego dnia w 1992 roku, usłyszałem w „Rozgłośni” coś, co powaliło mnie na kolana. Była to góralska muzyka. Nigdy nie przepadałem za polskim folkiem, powiem więcej, zdecydowanie nie lubię muzyki ludowej - to chyba uraz z dzieciństwa. Wychowywała mnie Babcia i ona takiej muzyki słuchała na okrągło, a ja z nią. Typowej muzyki góralskiej tez nie lubię słuchać na trzeźwo, jest dla mnie zbyt sucha, kanciasta, chropowata. Ale tamta muzyka była zupełnie inna, to było góralskie reggae Trebunie Tutki i Twinkle Brothers – coś wspaniałego. Szczególnie piosenka „Pod jaworem” – nawet nie przypuszczałem, że góralska muzyka może być taka ekspresyjna, a wystarczy dodać do niej tylko odrobinę basów i lekko zmienić rytm. Muzyka przebrzmiała, ledwo zdążyłem zapisać wykonawcę i zacząłem poszukiwania – wiedziałem, że musze mieć tą płytę. Internetu jeszcze nie było, okoliczne sklepy muzyczne tez nie miały tej muzyki – pozostawało mi czekać na łut szczęścia. Czekałem ok. 2 lata. W roku 1994 usłyszałem w „Programie III” znajomą muzykę. Prowadzący powiedział, że za parę dni w Sanoku odbędzie się festiwal folklorystyczni i tam wystąpią Trebunie Tutki. To była okazja – wiedziałem że nie mogę jej zmarnować. Wziąłem urlop z pracy i pojechałem na koncert do Sanoka (ok. 300 km), ale było warto bo zespół w międzyczasie wydał drugą płytę i udało mi się za jednym razem dwie płyty upolować. A jeszcze dwa lata wcześniej, gdyby ktoś mi powiedział, że pojadę na koncert muzyki góralskiej 300 km w jedną stronę, to uznał bym go za wariata.
sobota, 18 grudnia 2004
pierwszy koncert
Przecierałem oczy ze zdumienia „Republika” w „Spodku”? To wydawało się niemożliwe, owszem w „Spodku” odbywały się koncerty rockowe, ale to były przeważnie zagraniczne gwiazdy typu „UFO”, Eric Clapton czy John Mayal. Było to ciekawe, ale nie nasze. A ja chciałem muzyki polskiej, polskiego rocka – który właśnie się rodził. Był rok 1982, stan wojenny się kończył, zaczęliśmy na powrót studiować. Panował powszechny marazm i nagle w całym tym syfie zaczęła pojawiać się polska muzyka rockowa. Jeden plus naszych komunistów, że tego nie zdusili na początku – tylko pozwolili się rozwijać. Program III Polskiego Radia właśnie się rodził. „Republika” była jedną z pierwszych, obok „Manamu” i „Perfektu”, polskich grup rockowych które słuchałem – lubiłem szczególnie Kombinat, Na ten koncert musiałem się dostać. Po odstaniu kilku godzin w ogromnej kolejce – kupiłem bilet – nawet miałem bardzo dobre miejsce na płycie. W dzień koncertu „Spodek” oblężony był kordonem milcjantów i zomowców, oraz tłumem fanów chcących dostać się na koncert. Jakoś przedarłem się przez te tłumy i zająłem swoje miejsce – koncert właśnie się zaczynał. Sala była pełna – było to świetnie widać, bo wszystkie światła były zapalone, siedzieliśmy karnie w rzędach, a pomiędzy rzędami przechadzali się porządkowi, wypatrujący, czy ktoś się nie wydziera za bardzo, nie wstaje, nie macha rękami, nie niszczy krzesełek. Jak ktoś robił cos takiego, zaraz był wyciągany i wyprowadzany, byliśmy totalnie spacyfikowani. Ale najważniejsza była muzyka. Przed popularną już „Republiką”, występował jakiś nieznany nikomu zespół „Lady Pank”, jak już musiał, niech występuje pomyślałem – byłe grali krótko bo „Republika” czeka. Zaczęli grać, słuchałem jak oniemiały TO BYŁO TO!! Krótko, szybko, ostro, do tego świetne teksty i ten posmak „THE POLICE”. Zakochałem się w tej muzyce, nawet jak potem grała „Republika” nuciłem sobie w duchu Minus 10 w Rio, czy Mniej niż zero. Od tamtego koncertu stałem się punkiem. I w duchu, chyba jestem nim do tej pory.
|
Zakładki:
Ciąg dalszy
|